JoeMonster.org

Pokaż menu
Szukaj
 
Witaj nieznajomy(a) zaloguj się lub dołącz do nas
…BO POWAGA ZABIJA POWOLI

Jak umarli ludzie na Titanicu i co zrobiono z ich ciałami

93 636  
232   33  
Sprawa wydaje się prosta - Titanic zatonął, a razem z nim ludzie, którym nie udało się uciec. Jednak jest to bardziej skomplikowane, zaczynając od listy pasażerów, a kończąc na nieodnalezionych ciałach.

Skąd to zamieszanie?


Statek zatonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku. Na pokładzie znajdowało się 2208 osób. Mniej więcej. Z życiem uszło 712, a zwłok odnaleziono tylko 330. Co się stało z resztą? Przecież sprzedawano bilety i zatrudniono określoną liczbę ludzi, wszystko powinno być jasne. Ale nie jest. I nie wszystkich udało się zidentyfikować.

Zacznijmy od tego, że część osób w ogóle nie popłynęła. Nie pojawiły się 23 osoby z załogi lub wpisały się i zwiały z pokładu. Jeszcze więcej nie zjawiło się gości - część z nich miała „złe przeczucia”. Niektórzy podróżowali incognito - były rodziny, których nazwiska nie widniały w spisie pasażerów, chociaż pojawiły się na liście ocalałych. A niektórzy pasażerowie pojawili się w ostatniej chwili i już ich nie dopisano.
 

Różne przyczyny śmierci

Nie przeprowadzano sekcji zwłok, władze zapisały, że przyczyną śmierci było utonięcie. I mimo że nie ma to większego znaczenia, bo efekt jest ten sam, ale nie wszyscy po prostu utonęli. To dosyć oczywiste, że ludzie nie czekali w kajutach, aż ich woda zaleje. Widzieliśmy film, ludźmi rzucało na prawo i lewo. Niestety w rzeczywistości było jeszcze gorzej.
Ludzi, którzy utonęli, nie było tak dużo, jak mogłoby się wydawać. Ocaleni opowiadali o przerażającym hałasie, który temu towarzyszył. Ludzie płakali, krzyczeli, wołali o pomoc, której nie było skąd uzyskać. Gdyby większość ludzi od razu nałykała się wody, to by się nie wydarzyło.

Oczywiście, jeśli nie miałeś kamizelki ratunkowej i wpadłeś to oceanu, to owszem, tak zakończyłeś swój żywot. Ale jeśli udało ci się ją komuś wyrwać sprzed nosa, wciąż marne były twoje szanse na przeżycie, tylko umieranie dłuższe. Byłbyś wtedy pozornym szczęściarzem, którzy unosi się na powierzchni, jednak znikąd pomocy. Wtedy czekała cię hipotermia. W lodowatej wodzie temperatura ciała szybko spadała poniżej 35° C, organy wewnętrzne stopniowo przestawały działać. Śmierć następowała w przeciągu kwadransa.
Do tego można spokojnie założyć, że znaleźli się tacy, którzy dostali zawału serca albo udaru i umarli przed resztą towarzyszy.

Niestety nie każdy może być głównym bohaterem i mieć szansę na romantyczną, czy przynajmniej w miarę godną śmierć. Kiedy statek się przechylał, ludzie miażdżyli siebie nawzajem. Im bardziej się przechylał i łamał, tym więcej osób spadało i boleśnie uderzało o części statku. W najgorszym momencie taki człowiek łamał sobie wszystkie kości, uderzając o taflę oceanu. Przy okazji można było nadziać się na kawałek drewna czy metalu i umrzeć w męczarniach.

Inni nie mieli lepiej.

Kamizelki ratunkowe były niezłe w ratowaniu, kiedy wiedziało się, jak odpowiednio wpaść do wody. Jeśli nie skrzyżowało się rąk na piersiach i nie kładło ich na ramionach, było spore prawdopodobieństwo, że przy zderzeniu z powierzchnią głowa poleci do tyłu, po czym złamie się kręgosłup, mostek czy żebra. Jako że ludzie niespecjalnie byli poinformowani, jak należy skakać, można się domyślać skutków.


Prawdziwymi szczęściarzami byli ci, którzy zostali zmiażdżeni raz a dobrze, a nie po troszeczku dobijani. Czy to w środku, gdzie do ściany przyskrzyniło ich coś ciężkiego, czy już na pokładzie, przybici przez ciężki komin, efekt był ten sam.

Pozostaje jeszcze samobójstwo. Wielu ocalonych pamiętało oficera, który nie zamierzał czekać na śmierć i sam załatwił sprawę. Jednak wiele o tym nie wiadomo. Znalazło się za to trochę świadków twierdzących, że ktoś miał broń, której użyto, żeby skrócić cierpienia innych.
Jasne jest, że inaczej umarła załoga, inaczej pasażerowie. Na przykład ekipy pracujące w kotłowni najprawdopodobniej zostały zalane. Jednocześnie bardzo poszkodowani byli pasażerowie trzeciej klasy przebywający we wspólnym pomieszczeniu i jadalni. Część z nich nawet nie wiedziała, co się dzieje, a ci, którzy byli świadomi, do końca liczyli na pomoc od ludzi z wyższych klas. Jeśli przed czy po złamaniu statku nie zginęli, pod wodą dopadło ich zwiększające się z każdą chwilą ciśnienie.

Wrzuceni z powrotem do wody

15 kwietnia wyczarterowano statek ratunkowy. Kapitan zeznał, że widział tam tylko przewrócone łodzie ratunkowe i jedno ciało. 20 kwietnia dopłynął statek z ochotnikami ze Stowarzyszenia Przedsiębiorców Pogrzebowych Prowincji Nadmorskich. Załoga została przywitana przez unoszące się dookoła ciała, często zbite razem. Przez swoje kamizelki z oddali wyglądały jak mewy.

Pierwszego dnia udało się zebrać pięćdziesiąt zwłok. Organizacją pogrzebową zajęła się firma Johna Snowa, która wykorzystała miejscowe lodowisko, żeby przetrzymać ciała. Ale po tym czasie przebywania na wodzie część z nich była niemożliwa do zidentyfikowania. 59 ciał oddano rodzinom, wiele z pozostałych pochowano. Ale było ich tak dużo, że skończyły się środki do balsamowania. Gdy już obrobiono ciała pasażerów pierwszej klasy, to tych niezidentyfikowanych i mniej zamożnych, a także załogę, postanowiono pożegnać w inny sposób.


Ciała zabrano na statek, gdzie w smutnej ceremonii uczestniczył ksiądz. Z należytym szacunkiem 166 nieżyjących oddano z powrotem wodzie - ich cmentarzem stał się ocean.

Największa zagadka - zwłoki we wraku

Wydawałoby się, że to będzie najprostszy do rozstrzygnięcia spór. W końcu wrak jest, można to sprawdzić. Ale nie sposób wyliczyć, kto został w środku, a kto po prostu gdzieś odpłynął. Miesiąc po katastrofie znaleziono szalupę ratunkową, 200 mil dalej. Ostatnie znalezione ciało odkryto dwa miesiące od zatonięcia Titanica. Zdania są podzielone, niektórzy eksperci uważają, że setki osób nie dało rady wyjść na pokład i zwyczajnie poszło na dno, inni, że pasażerowie dryfowali daleko od wraku.Przy okazji nie wiadomo dokładnie, w jakim stopniu ich ciała uległyby rozkładowi. Wszystko zależy od tego, jak bardzo byłyby wystawione na działanie morskiej wody, w której stosunkowo szybko by się rozłożyły. James Cameron, reżyser kultowego Titanica, wielokrotnie zanurkował, żeby odwiedzić wrak statku. Po 33 wizytach z przekonaniem stwierdził, że nie widział żadnych, ale to żadnych szczątków.


Zrobiono zdjęcie, na którym widać skórzane buty i kurtkę, już przykryte mułem z dna. Specjaliści z National Oceanic and Atmospheric Administration powiedzieli, że w tych butach był człowiek, ale zdążył już się rozłożyć. Wypłynięcie fotografii miało pomóc w ograniczeniu ludziom odwiedzania statku - jeśli są tam ciała, to jest to cmentarz, którego nie można ot tak odwiedzać.

A coś, co dla Camerona jest zwykłym błotem, dla badaczy już jest ludzkimi resztkami. Więc możliwe, że nie widział ciał, bo ich już tam nie było w formie przypominającej ludzką. Dlatego nigdy nie dowiemy się, jaki los spotkał ciała pozostałych pasażerów.

Oglądany: 93636x | Komentarzy: 33 | Okejek: 232 osób

Dobra, dobra. Chwila. Chcesz sobie skomentować lub ocenić komentujących?

Zaloguj się lub zarejestruj jako nieustraszony bojownik walczący z powagą
Najpotworniejsze ostatnio
Najnowsze artykuły
Jak to drzewiej bywało