Prosta, lekka bajka inspirowana wieloma różnymi mitologiami. Żaden wielki utwór, ma się go lekko czytać, a jednocześnie zmusić na sam koniec do krótkiego zastanowienia:

Puszcza ucichła. Stała się nienaturalnie wręcz cicha. Przestały szumieć liście, nie było słychać śpiewu ptaków, powoli zanikało nawet brzęczenie owadów. Bum, bum, bum. Rozbrzmiał pierwszy sygnał. „Zauważyli więc, zajęło im to mniej czasu, muszę się śpieszyć” pomyślała mijając zagajnik. Rozkoszowała się wilgotnym powietrzem, wiatrem smagającym jej twarz, każdym stawianym krokiem, gdy czuła pod swymi stopami zroszoną rosą trawę. Pęd rozwiewał jej włosy, zawirowania kąsały kosmkami całą twarz niczym rozwścieczone węże gorgony. Pomimo to uśmiechała się, dawno już nie czuła się tak wolna, tak bliska ukochanego lasu. BUM, BUM, BUM. Wyruszyli łowcy.

Gdyby ktoś zobaczył ją teraz, najpewniej ostatnim określeniem przychodzącym mu do głowy byłaby wolność, poszarpane ubranie (a warto wiedzieć, że wcześniej była to najprawdopodobniej najpiękniejsza suknia jaką widywano w Firmamento Mundi lub jak nazywał go prosty lud Nieboskłonie Świata. Wyśpiewana z kwiatów samego Drzewa Życia, przystrojona młodymi gwiazdami, a przy każdym ruchu, kosmiczny pył powolutku unosił się w górę, skąd został zabrany), ciało brudne od błota i cały czas ciasno związane w nadgarstkach ręce świadczyły o czymś zupełnie innym. Cóż, sam fakt przyjrzenia się jest już wystarczająco abstrakcyjny, w końcu, w jaki sposób można przyjrzeć się komuś, kto biegnie co sił w nogach, niczym skacząc po wstęgach samego wiatru?

Dla niej była to jednak czysta radość, od wielu stuleci nie robiła niczego tak prostego, pozwalającego oczyścić umysł i obrać cel. Gdyby zechciała, mogłaby nawet wyswobodzić się z więzi, dodawały jednak całej sytuacji dreszczu emocji. BUM, BUM, BUM. „Chyba sobie żartujecie, czy to możliwe abym tak bardzo przyzwyczaiła się do łóżka, jedwabiów i salonów? Do złotych tac, przepiórek w cytrynach i słodkiego cydru?” mówiła sama do siebie. „To ja ich szkoliłam, to dzięki mnie wiedzą wszystko. Czyżby uczniowie przerośli mistrza?” kontynuowała, „Nie, nie dam pochwycić!”. Po wykrzyknięciu tych słów, z jej oczu wypłynęły strumyki światła. Zaczęły wirować wokół niej w dzikim tańcu, a każda kropla jaka dotykała jej ciała wsiąkała niczym w welur, dokonując przemiany.

***

Był najwyższym. Tym, któremu kłaniali się inni bogowie. To on wykuwał całe światy w swej boskiej kuźni, jego oddech dawał życie, a jedno słowo rozświetlało niebo. Istniał chyba od zawsze, jednak już dawno zapomniał o zamierzchłych czasach. Był jednym z Wielkiej Trójcy pośród swego brata Tempusa – Pana Czasu oraz Exitii - Pani Chaosu. Jego dwór nie miał sobie równych, zawieszony dokładnie pod całym wszechświatem, w taki sposób, by patrząc w niebo można było podziwiać wszystkie dzieła kreacji. Ten, którego imienia nie wymieniano, ten, który skinieniem dłoni usuwał gwiazdy z nieba dzisiaj siedział samotnie, zrozpaczony w swej bezsilności. Łza, boska łza spływała mu po policzku, a gdy spadła na ziemię, na jej miejscu wyrosła kępka tulipanów. Uwielbiał wraz z córką przechadzać się po pływających w głębokich wodach czasu ogrodach. Wspólnie przyglądać się tętniącym życiem światom, oglądać rozkwity i upadki wielkich cywilizacji. Dziś jednak serce władcy zasłonięte było czarnymi chmurami.

Dum, dum, dum – rozległ się dźwięk bębnów. „Nie, nie, nie, dlaczego to zrobiłaś córko? Dobrze wiesz jak to się skończy, w pełni zdajesz sobie sprawę, w jakiej jestem sytuacji, już zbyt długo przymykałem oczy na twe harce. Czemuż to nie dajesz mi żadnego wyboru?” Spojrzał raz jeszcze na bezkresny obraz swych dzieł i powoli ruszył w stronę pałacu. Droga jaką zazwyczaj pokonywał w mgnieniu oka, dzisiaj zajęła mu całą wieczność. Robił wszystko, co tylko mógł, aby odwlec nieuniknione, jednak wzrok istot jakie mijał, pomimo ogromnego szacunku, skrywały również pogardę. Nie dziwił im się, zawsze starał się być sprawiedliwym władcą, nie faworyzować swych przyjaciół ani też nie mścić się na wrogach. Tak też było do czasu, gdy pojawiła się w jego życiu. Do czasu igraszek, zabaw i podróży, wspólnych radości, smutków i łez, chwil, które po raz pierwszy ciążyły mu nieznośnie.

W końcu dotarł do swych komnat. Służba czekała już lekko zniecierpliwiona i natychmiast zabrała się za przebieranie. Spowalniał ich jak tylko potrafił, wybrzydzał i grymasił, kaprysił i cudował, jednak byli na to przygotowani. Wszystkie zbroje były przygotowane i wypolerowane, każdy czapka miała nowe pióra, a jego młot lśnił tak, że on sam nie pamiętaj już kiedy wyglądał tak wspaniale. W końcu był gotów, nieuniknione zbliżało się wielkimi krokami. Uniósł swój oręż wysoko ponad głowę. Broń zaczęła mienić się wszystkimi kolorami tęczy, po czym rozbłysła światłem tysięcy gwiazd. Głośno wciągnął powietrze nosem i bardzo powoli wypuścił przez usta. „Córko, nadchodzę!”. BUM, BUM, BUM.

***

Potężne łapy z lekkością odbijały się od ziemi. Pazury szarpały ziemię wzbijając w powietrze tumany pyłu. Olbrzymie cielsko pędziło przez las z ogromną prędkością. Czerwono pomarańczowy grzbiet z wieloma mahoniowymi pręgami, śnieżnobiały brzuch i niebieskie oczy, dwa lśniące szafiry. Gęste futro powiewało na wietrze niczym bezkresne morze traw szargane letnim zefirem. Adrenalina rozlewała się po całym organiźmie pomagając zmusić kończyny do jeszcze szybszego, szaleńczego biegu, ucieczki. Nie pierwszy raz złamała boskie prawo, lecz tym razem oprócz ściągnięcia gniewu na siebie, również publicznie sprzeciwiła się swemu ojcu, Najwyższemu. Karą za to były przymusowy pobyt w Nigrantemie, a na to zupełnie nie miała ochoty. Miałaby spędzić swą młodość w jedynym miejscu we wszechświecie, gdzie nie dociera żadne światło, dźwięk czy zapach? Miałaby zostać zamknięta za to, że odważyła się zaufać samej sobie?

Nagle usłyszała ostatni sygnał, BUM BUM BUM. Bębny rozbrzmiewające po raz czwarty były wiadomością, że zbieg został złapany, ale ona przecież wciąż biegła. A przynajmniej tak jej się wydawało. Wtem zobaczyła w oddali kontury postaci, natychmiast spróbowała zmienić kierunek, ale nie mogła. Jej ciało przestało słuchać, bezwiednie zmierzało tam, gdzie ktoś tego chciał. Jej umysł krzyczał i drapał, ale na nic już nie miała wpływu. Każdy jej własny krok przybliżał ją do spotkania, na które wcale nie miała ochoty. Próbowała zamknąć oczy, ale nawet to było poza jej zasięgiem. Musiała patrzeć na stojącego w oddali ojca, tego, którego skrzywdziła najbardziej. Gdy zbliżyła się na tyle, by niepotrzebne było unoszenie głosu, przemówił: „Swym uczynkiem przypieczętowałaś swój los. Me serce pęka na pół, jednak prawo jest prawem. Na dodatek ponownie przybrałaś formę tej bestii.” – Najwyższy wziął głęboki oddech – „Skazuję Cię na wygnanie córko. Zostaniesz zesłana do najdalszego Page 3 of 3świata, gdzie w ciele śmiertelnej istoty po wieczność będziesz wieść żywot, o którym tak bardzo fantazjowałaś.” – Powiedział, po czym uniósł swój młot…

***

Ptaki uroczo ćwierkały ballady radując się pierwszymi promieniami słońca tej wiosny. Na lazurowym niebie kudłate baranki bawiły się w berka. Cały świat budził się do życia, kwiaty rozkwitały na łąkach, a zwabione słodkim zapachem owady zaczynały brzęczeć w powietrzu. Ciepły, wilgotny wiatr zadął z całych sił, jak gdyby przeciągając się leniwie nad zieloną krainą.

Kapelusz spadł mu z głowy porwany podmuchem - „Nie, czekaj, wracaj!” – wykrzyczał mężczyzna. Wysoki, brunet o błękitnych oczach rozpoczął pościg za swym nakryciem. Co udawało mu się dobiec, zguba odlatywała jeszcze dalej. Biegł tak poprzez łąkę, co chwila doskakując do melonika niczym przyczajone zwierzę do niczego nieświadomej ofiary. Trwało to chwilę, krople potu zaczęły spływać po czole, świeżo wyprasowana koszula zyskała swe pierwsze zagięcia. W końcu kapelusz zatrzymał się przy moście, mężczyzna głośno kichnął, „Uroki wiosny” – pomyślał. Gdy schylił się po niego, usłyszał szmer wydobywający się spod kamiennego łuku. Pomimo protestu swych lśniących butów, poszedł na brzeg strumyka, gdzie leżał szary lniany worek. Przykucnął i zajrzał do środka, „Miau!”.

--
"Więc kim ty jesteś? Tej siły cząstką drobną, co zawsze złego chce, lecz czyni tylko dobro" "Oh no, she's killing blind orphans! That's so evil, I mean which is great but blind orphans!" "Odmawianie kobiecie tańca to ignorowanie części jej osobowości. To zniewaga, którą niełatwo zapomnieć. Bowiem ona miała coś do zaoferowania: swoje oddanie. Przed mężczyzną, który z nią nie tańczy, nigdy nie otworzy swej duszy do samego końca."